Mainstream, po polsku „główny nurt” to pojęcie, które odnosi się nie tylko do opinii publicznej i szeroko rozumianego systemu ocen społecznych. Jasne, że istnieją problemy „głównego nurtu”, istnieją też jakieś problemy spoza głównego nurtu, których nikt co prawda nie nazwie marginalnymi, nie powie się też o nich, że są marginalizowane, ale coś w tym jest. W zasadzie nie wiadomo, co to są te problemy głównego nurtu – może podatek liniowy, albo tarcza antyrakietowa? A może kwestia in vitro, ale nie badana od strony samych zainteresowanych, przyczyn bezpłodności, systemów adopcyjnych i aborcyjnych, społecznych źródeł desperacji w pragnieniu posiadania dziecka, tylko jako zagrożenie dla stabilnego systemu wartości, wydatek budżetowy, pole konfliktu państwa z Kościołem (dziwne, że nie wiernych z Kościołem, choć nauczyliśmy się już na „kompromisie aborcyjnym”, że państwo jest środkiem dyscyplinowania wiernych, którzy bez tego zdryfowaliby szybko w stronę Eurosodomy).
Zasadniczo więc charakterystyczne dla problemów głównego nurtu jest to, że ich problemowość jest problematyczna. Problemy spoza głównego nurtu natomiast wywołują problem (meta-problem, problem drugiego rzędu) tym, że robią problem tam, gdzie go nikt nie chce. Krótko mówiąc, prawdziwe problemy, problemy godne tego miana, widzialne, takie, którymi naprawdę żyje opinia publiczna, sytuują się na granicach głównego nurtu – opinia publiczna, jak się zdaje, żyje walkami, jakie ludzie w imieniu problemów toczą, by wyjść z cienia „niewygodności” na światło dzienne oczywistości.
Podobnie dzieje się w obszarze, który nazwałam społecznym systemem ocen. Żeby nie wchodzić na pole minowe wartości, przyjrzyjmy się kwestii mody. Mainstreamowe oceny dotyczą tego, co niepodważalne: zakrywamy biust, tyłek i narządy płciowe, używamy do tego tkanin, tkaniny przetworzone lepsze są niż nieprzetworzone (np. juchta czy niefarbowane płótno – chyba że przetworzone symbolicznie przez machinę mody) itd. Poza głównym nurtem sytuują się ekscentryczni hinduiści, tancerki kabaretowe, wielbiciele latexu, sekty chiliastyczne, kosmonauci, Joseph Beuys, Eskimosi przy temperaturach powyżej zera i inni. Pomiędzy tymi dwoma zbiorami odbywa się nieustanna praca machiny mody, która przepycha i wypycha rozmaite upodobania w kwestii stroju, robiąc wokół granicy pomiędzy tym, co byśmy na siebie założyli i tym, czego nie, cudowny zgiełk, który z przyjemnością dofinansowujemy. Przynajmniej ja, przepraszam, niestety, peccavi.
Jak już się jednak rzekło wyżej, odpowiedź na pytanie o mainstream do tego się nie sprowadza. W ogóle postawić takie pytanie jest niełatwo, tak jak zawsze trudno pyta się o oczywistości. Może zresztą nie warto tego robić: jakaś wspólna wiedza jest konieczna dla funkcjonowania w społeczeństwie (w „Polityce” sprzed kilku tygodni pojawił się tekst o szkole wychowującej olimpijczyków, w którym opisywano kłopoty dzieci oderwane od toku rozwoju intelektualnego grupy rówieśniczej. W małej skali na własnej skórze odczuwają to osoby nieposiadające telewizorów, kiedy nagle trzeba się zacząć gimnastykować, by uchwycić sensy oczywiste dla całej grupy – oba te przykłady i tak są łagodne, np. zakładają znajomość języka).
Warto się jednak zastanowić, czy mainstream – nazwany przecież w obcym języku – jest taki sam dla wszystkich; innymi słowy: czy zdrowy rozsądek na całym świecie działa tak samo? Nie sposób rozebrać zdrowego rozsądku na części, ale efekty jego działania można się starać opisać, poniekąd zgadzamy się, że jest to robione cały czas. Na przykład w literaturze, ale też przy okazji wszelkich badań nad racjonalnością społeczną i preferencjami. Należy przy tym pamiętać, że wyniki badań mówią nam o nim mniej, niż sposób konstruowania pytań, stawiania problemów, akceptowalne procedury rozwiązywania ich.
Osią mainstreamu jest epistemologia – teoria poznania. Bitwa człowieka z samym sobą o prawdę – co to jest prawda? Co prawdą być nie może? Jak możliwe jest poznanie i co możemy poznać, a czego nie? Co gwarantuje nam, że się nie mylimy? Czy jest możliwa wspólna wiedza, czy też każdy nabywa ją po swojemu i na własny użytek? Innymi słowy: co to znaczy „obiektywność”, jak ją osiągnąć i skąd mamy wiedzieć, że ją osiągnęliśmy? Według niektórych jest to hard core wszelkiej filozofii, ale nie według wszystkich.
W pewnym sensie jest to jednak hard core każdego języka, a w każdym razie kultury. Gdyby się zastanowić, to sposoby i/lub procedury nabywania pewności są najgłębiej zakodowanym wyznacznikiem kulturowym. Francuzi na ten przykład pewność co do wiedzy o świecie (upraszczam sprawę, rzecz jasna, ale zapewniam, że coś w tym jednak jest) czerpią z... języka. Przy czym język ten pojmowany jest bardzo dziwnie, bo jako zespół wypowiedzianych zdań. Innymi słowy, prawdziwe jest to, co da się wyrazić wyprodukowanym już kiedyś zdaniem. „Fabryką nowych zdań” są tak zwani „piszący” – pisarze, intelektualiści, nosiciele opinii publicznej. Nie dla Francuzów jest kult ekspertów, ludzi wydzielających okruchy wiedzy maluczkim – dla nich na piedestale stoją ci, którzy tę wiedzę są w stanie obrobić, ująć ją w zgrabną wypowiedź. Gadające głowy. Ludzie, którzy mają Styl.
Każdy, kto czytał Terry’ego Pratchetta, zna pojęcie „głowologii” – techniki manipulowania świadomością przy wykorzystaniu jej lenistwa. Jestem pewna, że „głowologia” to – w zarysach – epistemologia anglosaska, a na pewno brytyjska. Otóż uczyłam kiedyś w szkole brytyjskiej, w której intensywnie konfrontuje się dzieciarnię z przeświadczeniem, że świat tak naprawdę nie istnieje, ewentualnie istnieje inaczej niż nam się zdaje, ale to jeszcze wcale nie znaczy, że nie można usiąść sobie na krześle i oprzeć łokci na stole – nawet jako iluzja nadają się do tego znakomicie. „There is no spoon so eat your soup”. Co jakiś czas z laboratorium wychyla się jakiś naukowiec lub ekspert, by opowiedzieć o świecie jakąś kolejną średnio zrozumiałą nowinę. Właściwa wiedza kształtuje się na poziomie komentarzy do tych nowin. A jak to wpłynie na moje zbiory? Mamo, czy pojedziemy na wyspę, nad którą aktualnie wisi dziura ozonowa, żeby się lepiej poopalać? Praktyka stanowi ostateczne kryterium prawdy. I tak narodzili się pragmatyści.
A polska epistemologia? Jeden z moich znajomych określił ją mianem „nominalizmu”, inny stwierdził, że to skrzyżowanie socjobiologii z tomizmem. Z całą pewnością lubimy nadawać wszystkiemu, co się przytrafia i czego się dowiadujemy, jakiś sens i jakiś cel. Niedawny spór o to, czy wysyłać papieżowi list z zastrzeżeniami co do Leszka Głódzia, czy nie, przerodził się w coś, co bardzo lubimy w Instytucie: spór o kryterium prawdy. List nie został wysłany, bo poświadczałby niewiarę w autorytet papieża i odpowiednich instancji kościelnych, które na pewno doskonale znają sytuację w Polsce (Skąd? Mają tu swój wywiad? Serio serio?), a w ogóle to w nominacji tej na pewno mają swoje wyższe cele, gdzież nam maluczkim do nich. Nie tylko zduszony został zdrowy rozsądek (nie lubię tego określenia, ale czasem jest niezbędne), wskazujący, że Kościół jest ważnym aktorem politycznym, że miejsce pamięci budzące namiętności, że specyfika pielęgnowania spuścizny „Solidarności”, że są pewne lokalne bziki, którymi trudno kogoś zanudzać, bo w chwili obecnej pozostają uśpione, ale pobudzone i dokarmiane mogą przemienić się w smoki – wszystko w imię autorytetu papieża, ale też kompletnie nie dopuszczono myśli, że list taki mogliby podpisać intelektualiści i zaadresować go do innego intelektualisty, a nie wierni – napisać go do swego pasterza.
Poczułam się tak, jak kiedy moja spółdzielnia mieszkaniowa załatwiła mi okazyjnie telewizję kablową z wygodnym rozliczeniem w ramach czynszu. Tyle że ja wcale nie mam telewizora...
Inna sprawa z polskim mainstreamem to chyba dziedzictwo jeszcze zaborowe. Otóż przeświadczeni jesteśmy, że rację ma zawsze ofiara. Stąd ta rozbudowana autowiktymologia PiS-u, która przez ponad dwa lata utrzymywała go na powierzchni. Zaiste, nie wiem, czy w innym kraju partia z takimi problemami uznana byłaby za kompetentną do sprawowania władzy – tutaj się w ogóle nie podawało tego w wątpliwość! Talent do wywoływania prześladowań to od polskich prawicowców większy chyba ma tylko Izrael* (jest jeszcze Platforma Obywatelska, która wybory wygrała na prześladowaniu Sawickiej). Stąd też popłoch, kiedy okazuje się, że struktura represji/opresji ma więcej niż dwa stopnie: Polacy nie mogli byli spalić Żydów, bo przecież sami byli pod butem Niemca, a poza tym wszyscy wiemy, że zesłańcy nie bili swoich żon. Kończy się to tym, że wystarczy udowodnić, że się dostało w tyłek od ZOMO, żeby mieć carte blanche na wszystko. Dopóki, oczywiście, kolejna ofiara nie zepchnie danego delikwenta w cień.
Kryterium prawdy jest więc dla Polaków religijno-bliznowate. (To źle brzmi i ja bardzo chętnie posłucham kontrargumentów.) Mamy bohaterów i autorytety. Tylko czy to się da pogodzić z przeświadczeniem, że rację ma ten, kto opowie problem tak, żeby go oswoić dla uszu zwykłego człowieka? Albo że warto o tym mówić, o ile pasuje to do tego, co wyczytałem/am w mojej ulubionej gazecie? Żadne z tych kryteriów nie jest wcale dobre, ani wystarczające, a jednak wszystkie powszechne.
A teraz dochodzę do tego, o co mi chodziło od początku. W tak zwanych naukach o człowieku, sciences humaines, wrze nieustająca krytyka mainstreamu. Buduje się pewne modele, takie jak te moje, mające oddawać stan rzeczy. Jak w takim razie można żywić przekonanie o prostej przekładalności narzędzi wypracowanych przez naukowców (społecznych) w jednym kraju na drugi? Absurdalne wydaje mi się aplikowanie analiz Hayekowskich czy Keynesowskich do rzeczywistości postsocjalistycznej (równie bez sensu jak używanie Hanny Arendt do analizy PRL-u: jakże inny jest charakter biurokracji jako machinerii, w porównaniu z biurokracją jako systemem prześladowań). Czytam u Żakowskiego, że należy skończyć z dotowaniem samozatrudnionych – tylko skąd on wziął figurę dotowanego samozatrudnionego? Z jakiejś amerykańskiej analizy na temat elastyczności pracy? Polski samozatrudniony to najczęściej ktoś, komu pracodawca nie chciał płacić ZUS-u. Nie zarabia więcej, tylko kosztuje mniej tego, komu sprzedaje swoją pracę. Obłożenie go podatkami sprawi tyle, że – niechroniony kodeksem pracy – na tę samą pensję zarabiać będzie o ileś godzin dłużej.
Ekonomia ekonomią. Całe szczęście, że jesteśmy gospodarczo uzależnieni, bo w systemie bohaterów i autorytetów dalej zaharowywalibyśmy się bohatersko za pół darmo, bo powiedzieli mądrzejsi, że tak trzeba (papież Jan Paweł II pochwalił neoliberalizm ekonomiczny, a jakże). Gorzej z nauką, gorzej z filozofią. Jeśli w naszej – implicite wpisanej w język (powiedzmy) teorii wiedzy / poznania / prawdy – jednocześnie znajduje się autoreprodukująca się hierarchia władzy, to oczywiście zadaniem myśliciela krytycznego jest ją krytykować. Ale czy da się to robić przy bezrefleksyjnym odwoływaniu się do krytyk z obszaru innej kultury? Innymi słowy, czy amerykańska epistemologia feministyczna – piętnująca budowanie pseudouniwersalności przez odwoływanie się do dziwacznie pojmowanej wspólnoty doświadczeń WASP-ów, w dodatku facetów, zadziała w kraju samotnych bohaterów, gdzie akurat wspólnota jest najmniej wiarygodna? Tak się właśnie biję z myślami...
* Acha, przepraszam za ten cyniczny i okrutny żart. Nie jestem antysemitką. Bez żadnych ale. Lubię wszystkich Semitów – Żydów, Arabów, Maltańczyków – do kompletu nie mam nic przeciwko nikomu, kto pochodzi z krajów Maghrebu, Turkom, Irańczykom, Irakijczykom, Tatarom i koptom.


